— Straszy mnie niedźwiedziami — pomyślał rycerz — zatem zna tajemnicę, i chce mię obałamucić. A więc właśnie ino tutaj będę szukał.

Czaił się między drzewami, wyłaził na szczyty, podpatrywał, aż i złapał nić prowadzącą do kłębka... dwa razy ujrzał chłopa z dwojakami, zdążającego w zarośla. Nim dobiegł w to miejsce, ślad się urywał i mimo całej swej przebiegłości nie mógł Wrzecisław rozwiązać zagadki. Jednak nie dawał za wygranę. Sprawdziwszy, że ów człowiek niesie jedzenie zawsze w samo południe, brał codziennie o tej porze dziesięciu żołnierzy z grodu i tym kazał czekać na siebie w pobliskim lesie. Sam zaś ukryty za krzaczastą leszczyną czyhał na chłopa tuż przy miejscu, gdzie mu znikał z oczu, jakby w ziemię zapadł.

— Raz go przecie doścignę — tak rozumował — dowiem się, gdzie idzie, a skoro się upewnię o tym, co mi potrzeba, uśmiercę chama, żeby nie miał czasu przestrzec nikogo. Otoczę mym żołnierstwem gniazdo i dostanę skalnego sępa.

Dąbek i Waluś szli z dala jeden od drugiego; nie spotkali po drodze żywej duszy, nic podejrzanego nie wpadło im w oczy.

Ojciec wsunął się w rozpadlinę, syn zasiadł na czatach.

Zaszeleściały gałązki, struchlałym oczom chłopca ukazał się rycerz Wrzecisław. Kopnął go nogą.

— Wstawaj szczenię zatracone... prowadź!

— Dokąd? — spytał Waluś, udając, że nie rozumie, aby zyskać na czasie i opamiętać się.

— Tam gdzie ów chłop z obiadem poszedł.

— Co wasza miłość chce ode mnie? Nijakiego chłopa nie widziałem.