— Prowadź! Jeszcze jedno słowo, a łeb ci mieczem rozpłatam!
— O Jezu... — westchnęło dziecko — miałby sam znaleźć drogę, wolej go poprowadzę. Matko boska, ratuj!
I z bijącym sercem puścił się w ciemny krużganek.
Rycerz Wrzecisław potykał się co chwila, uderzał głową o sterczące górą złomy i sypał tysiące przekleństw, a Walusiowi ani się śniło przestrzec go, że takie niespodzianki jeszcze się kilkanaście razy powtórzą. Wyprzedzał go i przemyśliwał, co robić... jak tatusia ocalić. Ach... i tego króla miłościwego, za którym mówili tatuś, że cały Ojców skoczy w ogień.
Jakaś dobra myśl błysnęła mu w głowie.
— Już niebawem; panie, dogonicie owego człeka, co do zbója idzie.
— Aha, teraz wiesz o nim? Czego łgałeś pierwej?
— Ano, bałem się jego, bałem się was. Chcieliście mnie zabić, to was muszę słuchać, a onemu ucieknę; może się nie dowie, że to ja was powiodłem.
— Uciekniesz... o tak... — mruczał pod nosem rycerz — poślę was obu na tamten świat.
— Tędy, panie, tędy na prawo.