Zawrócił w niewłaściwą odnogę krużganka; Wrzecisław nie uważał, że dziecko, biegnące dotąd przodem, nieznacznie zwalniało kroku.

Tu równo, bezpieczno, ino prosto przedsię — rzekł Waluś i korzystając z głębokiej ciemności, przystanął cichusieńko w rozpadlinie skały.

Wrzecisław stąpał wolniutko, macając przed sobą rękoma... chłopiec skoczył wstecz, i powrócił na główny korytarz, stamtąd na lewo, gdzie już robiło się widniej i czwałem prawie bez tchu dopadł pierwszej jaskini, zwanej Komnatą. Ojca już tam nie było!

A głośne wrzaski i klątwy rycerza, który się prędko połapał i gnał za nim, dolatywały z głębi coraz wyraźniej. Waluś ledwie żywy przebiegł z Komnaty w dalszy krużganek i chwycił ojca za połę, właśnie w chwili, gdy ręką sięgał po linę.

— O rety... tatusiu... skryjcie się do kąta!... Idzie już, idzie...

Jakkolwiek wiedział Wrzecisław, że chłop z dwojakami nie miał broni przy sobie, a przy tym nie spodziewając się napaści, był sam jeden, jak co dnia, przecież w obawie jakiejś zasadzki dobył od razu mieczyka z pochwy i tak wpadł w krużganek o szerokim oknie. Jaskrawy blask słonecznego nieba olśnił go, mrugnął powiekami, przetarł oczy...

Prócz struchlałego dziecka, nie dojrzał nikogo.

— Oszukałeś mnie, psi synu! — krzyknął wściekle. — Teraz ci koniec zrobię!

Waluś skoczył ku oknu, by odwrócić uwagę rycerza od bocznej ściany, gdzie stał ojciec skurczony za kamieniem.

— Nie, nie, nie... Nie zabijajcie panie! Wszystko wam powiem.