— Ino prawdę! Bo cię zesiekę na młóto.
— Prawdę, panie. Jeden raz tego roku byłem w tych jaskiniach, nie dziwota, żem zmylił ścieżkę... zamiast w lewo, powiodłem was na prawo. Kiedym się opatrzył, że źle, wybiegłem szukać drogi; znalazłem ją i zaraz wołałem na was z całej siły. Nie dosłyszeliście chyba?
— Gdzież się podział ów człek z dwojakami? — spokojniej przemówił rycerz. — Czy za tym otworem jest jakie zejście ku innym skałom?
— Nie wiem... może to być... — szepnął Waluś i zasłonił oczy rękoma.
Albo rycerz spuści się po linie, trafi do miłościwego pana, i napadłszy go z nienacka, zamorduje, albo rozejrzy się dokoła siebie i zobaczy tatusia. A wtedy... wtedy śmierć jemu, śmierć tatusiowi!
Wrzecisław stanął u otworu i wychylił się trochę.
— Cóż to? Niczem z wieży człek patrzy... głębia niezmierna...
Wyjrzał w lewo, w prawo, spostrzegł linę.
— Aha... takowym sposobem nawiedzają buntowniki swego żebraczego księcia!
Schował miecz w pochwę, przykląkł jednem kolanem na oknie i w sparłszy się jedną ręką o krawędź skały, drugą sięgał po linę.