W tej chwili Dąbek, cicho i szybko jak żbik, skoczył i dużym ciężkim głazem rzucił z całych sił na Czecha...

Ugodzony w plecy zachwiał się, rozkrzyżował ręce, i runął przez otwór na dół z nieludzkim wrzaskiem.

Ojciec i syn stali przez parę sekund w skamieniałem osłupieniu, wsłuchani w ciszę, wśród której doleciał ich głuchy łomot ciała uderzającego o dno przepaści.

Waluś dygotał jak w febrze. Ojciec podszedł ku niemu, wyciągnął rękę, chciał przemówić, nie mógł dobyć głosu.

Chłopiec zasłonił twarz rękoma i nagle trysnęły mu z oczu łzy.

— Rany... tatusiu... cóżeście... — jęknął szczękając zębami.

— Com uczynił? Ubiłem wściekłego psa — odparł Dąbek ponuro. — Idź do domu synku... muszę z obiadem do króla.

— Co? Tam na dół?... tam... gdzie... on?

Ojciec przesunął ręką po czole.

— Onemu już wszystko jedność... a król głodny. Idź; matce nie powiadaj słowa. Zmów trzy pacierze za... umarłych.