Słońce zachodziło czerwono, gdy z gaju brzozowego wracali żołnierze na gród do Skały. Nie doczekali się rycerza Wrzecisława; ale że często bywał w Polanie tuż pod Ojcowem, u krewniaka, a również często jeździł do Krakowa, dorozumieli się, że i dziś tak uczynił.

— Hu... jaki zachód krwawy! — zawołał jeden z łuczników.

— Diabli się żenią — roześmiał się drugi.

— Nie, czarownice jady smażą! — krzyknął trzeci.

— Pustych łbów ino fraszki się trzymają — zgromił wojaków stary wachmistrz. — Tu śmiechu nie ma: człek jakiś w śmiertelnym grzechu żywot zakończył.


I znowu minął tydzień. Waluś uspokoił się po doznanych strasznych wrażeniach; zrozumiał, że tak się stać musiało, a gdyby się stało inaczej, byłby król stracił wolność, a może i życie.

Wieczór zapadał, matka wypoczywała po pracy na przyzbie przed domem; Waluś oglądał swoje skarby, różnokolorowe kamyki i muszelki rzeczne, których miał pełną kobiałeczkę. Z pola wracał ojciec.

— Niech będzie pochwalony.

— Na wieki.