— Cicho Waluś, matka idą.


— Chyć mi się za szyję, a nogami obejmij mnie w pasie. Teraz cię jeszcze przywiążę do się rańtuchem35, bo tak matusia kazali.

Przeżegnali się obaj, Dąbek ujął linę mocno i oparł nogę na pierwszym węźle. Zakołysał się sznur w prawo i w lewo.... ciemnica niezgłębiona wzrokiem otoczyła ich.

— Waluś... pofolguj... ściskasz mi gardło, że tchu złapać nie mogę.

— Kiej mi się zda, że spadam... rety... mój tatusiu złocisty... lecę na dół!...

— Cichaj, brzdącu jeden! Dosyć mam własnego strachu, a ten mi jeszcze dodaje. Cichaj, mów Zdrowaś, to ci raźniej będzie. Ino nie na pytel, powoluśku; mów głośno... a do mnie się nie odzywaj. .......... No, widzisz, już my na ziemi.

— O Jezu... ciemno... — szepnęło dziecko.

— Zaraz zaraz, od czego krzesiwo?

Błysnęła iskierka, spod skalnego występu dobył chłop kaganek i zaświecił. Równocześnie, jakby zawstydzony tym słabym płomykiem, co wkraczał w jego prawa, biały sierp księżyca wysunął się spoza chmur.