— Ooo, to nie najlepiej się stało — frasobliwie kiwając głową rzekł Tomasz.
Obecni parsknęli śmiechem mimowoli, a Kasper dodał:
— Juści nie najlepiej. Gdybyście tę garstkę na krakowski rynek wysypali, toby tego pełniuśko było, głowa przy głowie.
— Aha, dworujcie sobie ze mnie, rozumiem się na żartach; a wam się może zda, żem matoł? Krakowski rynek... hoho... ale się nie gniewam; starszemu człeku godzi się wybaczyć.
Gospodarz trącił Kaspra nieznacznie w ramię i szepnął:
— Ostawcie go; szkoda waszej mowy dla głupiego.
Głośno zaś rzekł:
— Cóż zasię mają Tatary do krakowskich mieszczan?
— Zaraz powiem do zrozumienia: Skoro one pohańce17 poszły, zabierając łupy i lud w niewolę, ino goła ziemia ostała, a zgliszcza, a pustka. Co było robić? Święta rola odłogiem leży, robotnika ani uświadczy, rzemiosła pozamierały, koniec świata i tyle.
— Wiadomo — rzucił Walenty — swój do swego zawżdy ciągnie; ów książę Henryk milszy im, niż Polak z krwi i kości. Ponoś dawno zabaczył18, że z Piastowego jest gniazda; po polsku nawet nie umie. Jakoż mieli zachować wiarę Łokietkowi krakowscy mieszczanie?