— Żeby mi kto powiedział, jakim prawem te bezecniki wdarły się do naszego miasta i rozwielmożniły się tak srodze z krzywdą ludzką?
— A o Tatarach słyszeliście, Tomaszu, hę?
— Juści, o Tatarach dziaduś mi opowiadali. Trzy roki mi było, gdy spadli na Polskę. Matkę chciał porwać taki jeden pies pogański; broniła się nieboga zębami i pazurami, tedy ją ciął jakimsi jataganem, czy inszą siekierą, i od jednego razu zamordował. Łaska Boska, że ani mnie, ani dziadka w jasyr nie pognali.
— Oj Tomaszu, Tomaszu... powały sięgacie głową, a... ot, nie dopowiem, bobyście się snadnie pogniewali.
— Cobym się miał gniewać? Wszakci nic szpetnego nie ma, żem urósł ponad innych.
— Ano... prawda. Tedy wiecie, dlaczego was Tatary nie wzięły?
— Pan Bóg to wie, nie ja.
— Słusznie, Pan Bóg to wie. Ale i ludzie odgadują niekiedy takowe zawikłane pytania. Ja bym więc moim głupim rozumem miarkował, że trzyletnie dziecko, to ino sroga mitręga w taborze; a z siwym pogarbionym dziadem takoż zawada i utrapienie. Dlatego was ostawili w spokoju. A za to wiecie, ile luda pobrali w straszną niewolę?
— Ino wciąż pytacie a pytacie... Cóżem ja prorok, albo jakowy świadowid, czy co?
— No, to już wam powiem: samych dziewuch i młodych niewiast dwa-dzie-ścia je-den ty-się-cy!16 A gospodarzy i parobków, bez liku!