— Zaiste, ciężar był nad siły dziecka — rzekł jeden z posłów. — Mogło omdleć z przerażenia, a stawiło nieprzyjacielowi czoło, jak prawy rycerz.
— Tedy rozumiałem — nieśmiało mówił dalej Dąbek — że płaca winna być równa zasłudze. Przywiodłem tu malca, by za waszym najmiłościwszym pozwoleniem, jeden raz w życiu oglądał oblicze polskiego króla.
Władysław skinął ręką łaskawie.
— Waluś, pójdź ino, nie bój się — miłościwy pan cię woła.
Chłopiec padł na kolana i wzniósł ręce w górę, jak to czynią modlący się ludzie w kościele. A Władysław Łokietek, ten twardy, goryczą tułactwa pojony, niedolą zahartowany mąż, uśmiechał się łagodnie i pieszczotliwą ręką gładził ciemną czuprynkę Walusia.
Rozpoczęły się obrady; posłowie zdawali sprawę z tego, co się dzieje w bliższych i dalszych ziemiach polskich. W całym kraju wrzało... Znienawidzony Wacław czeski, zawsze tylko przez okrutników i zdzierców rządzący, nie miał stronników ani przyjaciół między Polakami, tylko jawnych lub skrytych wrogów.
Wysłuchawszy przemówienia kasztelana płockiego, Łokietek dodał, jakoby dopełniając jego myśli:
— A gdy zważymy, że czeski król tchórzliwie, dla chwilowego spokoju, poddał swą koronę w lenno cesarzowi, słusznie możemy się lękać, że zarówno i Polskę zechce ugiąć pod jarzmo. Do tego przenigdy dopuścić nam nie wolno.
— Przenigdy! — zawołali wszyscy jednogłośnie.
— Wierzcie mi, wasze miłoście, nie dla zadowolenia swej pychy, nie z łakomstwa na błyskotliwość korony, wiodę przez lat piętnaście nędzny żywot tułacza...