Drzwi otwarły się znagła, w progu stanęło dwóch młodych chłopców: Jacek Rataj, bratanek, i Kuba Mocarny, chrześniak Marcina.
— A czego? — spytał gospodarz.
— Przyszliśmy się pokłonić i pożegnać was, ojcze chrzestny — rzekł Kuba — ściemnia się już, pora nam gnać do miasta, zaczem bramy pozawierają.
— Nie zdążycie, ostańcie na noc.
— Dziękujemy wam pięknie za dobre słowo — odparł Jacek, całując Marcina w rękę. — Majster by strasznie swarzył, gdybym nie wrócił dzisiaj; dy znacie Glasera, łacno się gniewa, a gdy zły, to wali, czem popadnie.
— Tak samo i Langmann — dodał Kuba — nijakiej wyrozumiałości nie zna. Bywajcie zdrowi, ojcze chrzestny. Ich Miłościom panom majstrom kłaniamy się.
— Niech będzie pochwalony.
Wybiegli.
Szara mgła unosiła się nad rzeką, między domkami słały się wieczorne cienie. Tylko wąziuchna ścieżka, prowadząca z przedmieścia ku murom i basztom, wcale jeszcze była znaczna wśród zgniłej trawy i błotnistych kałuż. Gdzieniegdzie bieliły się na niej rzucone płaskie kamienie, wskazywały kierunek i dopomagały jako tako do przejścia.
Czeladnicy szli chwilę, nic do siebie nie mówiąc. Kuba przystanął nagle, rozejrzał się po niebie i po ziemi, i krzyknął: