— Aha... mądre słowo. Toli na cały Kraków jeden jest ino człeczek takowej mizernej postaci, prócz księcia.

— A prawda — przerwał mu Onufer, krupiarz z Pędzichowa — prawda, ksiądz Wincenty, pisarz u św Trójcy.

— Widzicie tedy, skoro znam księdza Wincentego, a nie on był na prymaryi, to musiał być książę.

— A ja się dam zabić, że dawno już uszedł z Krakowa. Tydzień by tu siedział u wroga w paszczy?

— Nie dajcie się zabić, boby was szkoda było — rozśmiał się Tomasz. — Widziałem go, jak Bóg na niebie.

— O rany Pana Jezusowie... Jeszcze go Probus pojmie w niewolę!

— A nam co do tego? Widno pilne sprawy zatrzymują go w Krakowie, to i nie pyta, czy bezpieczno, abo nie. Zresztą... — Tomasz splunął wzgardliwie i machnął ręką — czy to onym szpiegom pilno po prymaryjach biegać; w pierzu im cieplej niźli w kościele; to i nie lękało się panosko nieszczęsne błagać ratunku dla siebie i — dla biednej krainy, krzyżem leżący na mszy świętej.

— A potem co się stało?

— Za księdzem do zakrystyi poszedł i podział się gdziesi.

— W podziemiu jest izba obszerna — szepnął Kasper do Marcina — tam się może przez dzień ukrywa, a nocami narady ze swymi wiernymi odprawia.