Rycerz wszedł do przedsionka i kazał dworzanom spytać, zali go miłościwy pan raczy przyjąć; po chwili wszedł cicho i stanął w progu. W pośrodku namiotu, przy stole zbitym z desek umocowanych na czterech nie ociosanych pniakach, siedział Stefan Batory z głową wspartą na ręku i czytał. W mosiężnym dwuramiennym lichtarzu paliły się woskowe świece. W kącie łoże — raczej małe, wąskie, żelazne łóżko, na nim siennik, skórzana poduszka i gruba wełniana derka. Oto były sprzęty i ozdoby namiotu królewskiego.
Gość odchrząknął z cicha, król podniósł oczy od księgi.
— A... pan hetman... jak to dobrze, żeście przyszli, pogadamy.
— Obawiam się wejść; mniemałem, że po takich trudach dawno spoczywacie, miłościwy panie. Dopiero ujrzawszy światło, ważyłem się wstąpić.
— Nie pomyliliście się, wojewodo; odpoczynku miłego zażywam po pracy — odparł król. — Oto siedzę w ciszy, wygodnie.
Hetman Mielecki uśmiechnął się nieznacznie; dostrzegł ten uśmiech Batory.
— No tak, powiadam: wygodnie, gdy się cały dzień stoi niczym karbowy153 przy żniwie, gdy nie ma czasu ani jeść, ani przysiąść na ćwierć godziny, gdy człek własnego głosu wśród onych wrzasków, jęków i huków nie słyszy, to błogość serce ogarnia, że się ma bodaj taką sękatą deskę za ławę; można się przynajmniej opamiętać nieco w cichości tych wiotkich ścian. Ciało odpoczywa i dusza...
— Dusza?
— Czytaliście przecież...
Król podsunął milcząc księgę ku hetmanowi.