— Jeżelim się ośmielił niepokoić waszą miłość — rzekł ksiądz — to właśnie z onej smutnej przyczyny...
— Z przyczyny?... Przerażacie mnie, wielebny panie!
— Nasz król miłościwy bardzo chory...
— Pogorszyło mu się od owego zasłabnięcia?
— Wasza miłość raczy być przygotowaną na najgorsze...
Jęk bolesny wydarł się z piersi Anny.
— Jezu miłosierny! Umarł król?
— Jeszcze nie, ale godziny jego policzone.
Królewna pochyliła się nad stołem, wsparła czoło na splecionych rękach i milczała długo.
— Król wciąż gniewny na mnie? — spytała cicho.