Delikatnie, jak przystało na osobę wykwintnych obyczajów, nie poruszając prawie klamką, wsunęła się do komnaty i ku niemałemu swemu zdziwieniu przekonała się, że królowa jest sama.
Wyczerpana złością, krzykiem i płaczem, Bona stała przy oknie z czołem opartym o szybę — odpoczywała.
Na swe nieszczęście donna Arcamone nie mogła dostrzec jej twarzy; pewna dobrego przyjęcia, odezwała się słodko:
— Najuniżejsze służby moje składam u stóp miłościwej pani.
Milczenie.
„Zamyślona, nic nie szkodzi, zacznę wprost...”
— Ze skargą przychodzę do mej ubóstwianej monarchini... — przerwała.
Lecz nie mogąc doczekać się słówka od królowej, mówiła dalej:
— Paziowie, te nikczemniki zuchwałe, obrazili mnie wczoraj śmiertelnie... racz najjaśniejsza pani wydać wyrok jak najsurowszy.
Bona odwróciła się ruchem gwałtownym od okna i krzyknęła, nie hamując furii: