— Gdzie lecisz? Czemu nie na górę? — pytał Jerzy Opaliński Stacha Czarnkowskiego, który zamiast do szkoły, skręcił w bok na korytarz.
— Mam sprawę do kancelarii.
— Ehę, już umykasz, byle się nie uczyć, w mojej dziesiątce jesteś i jak nie będziesz umiał, to na mnie spadnie!
— Jako żywo nie uczynię ci tego; ale, widzisz, i tak strachu mam niemało; miłościwy król wczoraj wieczorem, gdym ze służby schodził, przykazał mi szukać zaraz dziś rano pana wicesekretariusza i zawezwać go na górę, jako jest ważna sprawa, nie cierpiąca zwłoki. A ja w kościele byłem i pośniadałem191, a o rozkazie na śmierć zabaczyłem192. Więc ino pobiegnę, powiem mu i w te pędy do szkoły.
— Tak, to co inszego, muszę cię puścić.
Ostroróg, który idąc obok, słyszał tę rozmowę, aż się za głowę chwycił.
— O Jezu... Jasiek, Jędrek, na pomoc!
— Co się dzieje?
— Musicie radzić. Mówiłem wam wczoraj, jaką sobie krotofilę193 umyśliłem, gwoli194 zadworowania195 z pana wicesekretariusza.
— Aha, z onego196, co to w czary i w magię wierzy?