— Domyślam się — rzekł biskup Krzycki — że o Albrechta chodzi.

— Zgadliście, wielebny panie; obaj oni monarchowie wstawiają się za siostrzanem moim, bym zadośćuczynił natarczywym jego prośbom i Prusy Królewskie, Krzyżakom przez przodków moich w lenno użyczone, dziś po rozwiązaniu Zakonu jemu, Albrechtowi, w takimże lennie pozostawił.

— Nigdy bym tego nie uczynił! — porywczo wyrwały się słowa z ust hetmana.

— Tak i mnie rozum doradza — odparł król — gdy ano serce głos podniesie, popadam w wahanie: wszak ci to syn rodzonej siostry mojej!

— Krzywoprzysiężca!... Bogu najwyższemu ślubował i wiarę złamał — surowo i twardo rzekł biskup Tomicki.

— Lecz gdy miłościwy pan odejmie z jego posiadania ono księstwo Zakonowi dane — wtrącił z cicha Krzycki — gdzie się obróci i czym będzie?

— A niech idzie do swoich! — zawołał Tarnowski. — Mało to niemieckich książąt wiesza się u cesarskiej klamki? Znajdą mu jaki urząd lub darują zamek i wiosek parę, będzie sobie panem, a Prusy wrócą do Korony, tak jak to się boskim i ludzkim prawem przynależy.

— Zalibyście nie znali miłosierdzia, panie hetmanie, gdyby o waszą krew chodziło?

— Najmiłościwszy królu, przyjmijcie radę sługi wiernego: nie pora serca się pytać; o, wierzajcie mi... sposobność to jedyna przywrócić królestwu polskiemu tę prowincję piękną, od tak dawna od niego oderwaną. Z Zakonem była umowa. Zakon rozwiązany, nie macie obowiązków nijakich.

— Pomnijcie, że mu wujem jestem.