Prócz miłościwych państwa, którzy nie wiedzieli o niczym, i ich najbliższego otoczenia, z niedowierzaniem przyjmującego bajeczne opowieści, cała służba zamkowa i podrzędniejsi dworzanie żyli od kilku dni w strachu, niepewności i jakimś oczekiwaniu pełnym grozy.

Coś się działo.

Wawrzek stajenny przysięgał, że idąc spać wczoraj w nocy, słyszał najwyraźniej brzęk łańcuchów w stronie Baszty Złodziejskiej; Krysia o tej samej mniej więcej porze widziała coś ogromnego, białego, pełznącego pod murem; kucharzowi Walentemu „coś” gasiło kaganek przez cztery wieczory z rzędu; Jaśkowi dało w kark zimną ręką, aż się przewrócił i guza na głowie nabił. Serczykowa dzwoniła zębami, bo mimo anioła stróża w osobie Nastusi, co noc „pukało” do okna i śmiało się szatańskim rechotem. Pan Jacek Rożen, masztalerz258, ruszał ramionami na te wszystkie gadania i mruczał:

— Ach, gdyby każdy chciał językiem młócić, a co uwidzi, w uszy drugim wytrębować, już by ani jednej baby zdrowej na grodzie nie zostało. Takowe upiory, wilkołaki, strzygonie i inne widziadła, acz cale prawdziwe i niemal co dzień się przytrafiające, najlepiej krzyżem świętym odganiać a nikomu o tym nie wspominać. Żebym ja ino gębę otworzył, tobyście tu chyba jak muchy padali. Gdy się one... tfy... lepiej nie wymawiać przed nocą, na kogo uwezmą, to niech ręka boska broni. Z tegom też ano przed czasem osiwiał, a juści.

Tydzień minął od wyjazdu Strasza; coraz głośniej ludzie sobie rozpowiadali o duchach pojawiających się około północy na szczycie Złodziejskiej Baszty.

Serczykowa triumfowała.

— A co, nie mówiłam, nie radziłam, nie zaklinałam? Wyśmieli, wydrwili, pochowali, aby zbyć; tyciusi kołeczuś wetknąć było każdemu między żebra, to by wystarczyło; gdzie zaś... Serczykowa głupstwa plecie — a jakże! Biedna sierota, najpierwsza za was zapłaciłam, a teraz macie i wy... niech wam skóra cierpnie!

Nastusia jedna wśród spłoszonej gromady kobiet i dziewcząt zachowywała zimną krew i odwagę z zuchwalstwem graniczącą, póty się śmiała, żartowała, aż wlała odrobinę otuchy w struchlałe serca.

— Wiecie co? — rzekła pewnego popołudnia do Hanki, Marysi, Uliny i Baśki. — Musimy raz przecie napatrzyć się onym duchom.

— Rety!... — wrzasnęła Marysia.