— Bóg zapłać pani gospodyni; rosołu mocnego i wina potrzebujemy — odpowiedział Drohojowski.
— Rosołku? A jakże, w tej chwilusi przyniosę... dobrego, a jakże; jest wyborny, dla panny Papacody, osobno się gotuje. Ale Bóg jeden raczy wiedzieć, czy się na co przyda, bo już tej biedaczce niewiele się należy.
— Co pani Serczykowa powiada?
— A tak, tak, święta prawda, jak nieboszczykowi memu wiecznego zbawienia pragnę.
— Cóż jej się stało?
— Jak to, nie słyszeliście panicze? Wżdy od jednego z was o tym nieszczęściu się dowiedziałam.
— Od pazia?
— Sprawiedliwie gadam, a jakże. Pan Piotruś Stadnicki mi się zwierzył; kochany aniołeczek! Ino zmiłujcie się, wasze miłoście, bo to sroga tajemnica... najmiłościwsza pani śmiercią zagrodziła, gdyby kto śmiał mówić o tym.
— To niechże pani gospodyni ściśnie zęby i ucieka czym prędzej.
— Nie, nie, ja wiem, że paniczom powiedzieć, to jakby w studnię wrzucić, powiem wam, a jakże... ino że to straszne dziwy, uwierzyć nawet trudno.