— I wam tak zrobię. Zabiję was!

— Ij... Albo ja kocię? Nie źlijcie się, wasza miłość. Gniew gładkości szkodzi, a cóż byście była warta, gdybyście urodę postradała? Wszak ci za ten towar łaskę pańską kupujecie!

Skurczyła się, jak by zmalała, uniosła sukni, podbiegła drobnym kroczkiem i uderzyła go w twarz. Za czym otwarłszy drzwi do sieni, krzyczała:

— Hej! Scibor, Sieciech, Janko!

Przybiegli wszyscy trzej.

— Zwołać parobków, związać tego draba i rzucić na gnój! A chałupę jego rozwalić mi w te pędy, by do wieczora znaku po niej nie zostało!

— Wasza miłość... — chciał coś mówić Janko.

— Rozważcie... wstrzymajcie się... król... — jąkał Sieciech.

Tupnęła nogą.

— Milczeć! Milczeć! Czym ja tu panią abo wy?! Czego stoicie?! Tak rozkazuję, tak ma być! Kto nie usłucha, precz z mego domu! Ścibor, przynieś powróz, a mocny!