— No, cóż. Znaleźliście go? — spytała Zbroina niespokojnie, gdy tylko wszedł do izby.
— Znalazłem, ale nie chce przyjść — odpowiedział głucho.
Żona spojrzała nań ukradkiem. Oj, źle. Broda wyskoczyła naprzód, oczy łyskają jak u wilka. Musiało go coś strasznie rozgniewać.
Zastawiła wieczerzę, podsunięto ławy do stołu, zasiedli jeść. Wojciech maczał tylko łyżkę w zacierce i próżną niósł do ust.
„Coś ci mu dopiekło do żywego — myślała żona. — Przed wieczorem narzekał, że bardzo głodny, a teraz ino udaje”.
Chora Jagnesia zapłakała. Obie kobiety poskoczyły do łóżka.
— Naparzyłam centurii z rumiankiem — rzekła Wojciechowa — trza jej wlać siłą, mocą do gębusi. Z dobrej woli nie wypije, bo gorzkie. Nie bójcie się, już ostudzone. Żywokost i boże drzewko gotuje się od godziny. Zrobimy letnią kąpiołkę. Za łaską boską sczeźnie choroba, jak ręką odjął. Zobaczycie.
Korzystając, że matka zajęła się Jagnesią, Wojciechowa przystąpiła do męża i pociągnęła go za rękaw.
— Ojciec, odpuść mu.
— Niech zdycha jak pies. Cieszył się będę — syknął przez zęby.