Gromada chłopów obiegła ciasnym kołem króla. Jedni rzucali się na kolana i wzywali błogosławieństwa boskiego, inni całowali kraj szaty miłościwego pana, kobiety w głos płakały. Zbroja klęczał najbliżej.

Kazimierz położył rękę na jego głowie i rzekł:

— Domu po praojcach niemocen jestem wskrzesić, ale ci pobuduję dworek, iżby w nim prawnuki twoje nas obu wspominały.

Zbroja ściskał z płaczem nogi miłościwego pana. Po chwili podniósł się z ziemi i zawołał:

— Zali116 nawet równać wolno martwe drewno i starą strzechę z tym, coście mi dziś wyświadczyli, królu najdobrotliwszy?! Tożeście się nie panem sprawiedliwym, ale miłującym ojcem okazali! Jak ziemia szeroka i długa, po same krańce świata, nie masz drugiego jako wy!

— Nie masz drugiego! — powtórzyli wielkim głosem chłopi, wyciągając ręce ku niebu.

Trzaska w swym starym wyłatanym kożuchu nie śmiał przysuwać się blisko, ale złożywszy przy ustach ręce jak do modlitwy, patrzył w króla jak w tęczę.

A w duszy Kazimierza tajał smutek, gorycz ofiary malała i rozpływała się w uczuciu dumy i zadowolenia. Pokonał najpotężniejszego nieprzyjaciela — ujarzmił samego siebie.

Odetchnął głęboko.

— Hej! Kochan! Niech mi podadzą konia!