— Miłościwy pan wraca do Krakowa — szepnął Magiera na ucho staremu Wajdzie.

— Jużci, chyba długie miesiące miną, zanim zechce pojrzeć w stronę dworu.

— I służba już na koniach — dodał któryś z gromady.

— Co? Nie ku miastu zawracają?

— Gdzież król jedzie?

— Tą polną drogą?

— Aha. Widno117 chce własnymi oczyma oglądać zwaliska.

Rozstąpili się w milczeniu i szli krok w krok za koniem królewskim, cicho, poważnie — pochód żałobny na miejsce spustoszenia.

Kazimierz zatrzymał konia przy stosie belek. Spojrzał na zaoraną ziemię, śmiertelna bladość powtórnie zalała mu oblicze, ale tym razem wzruszenie prędko przeminęło. Przesunął ręką po czole i skręcił koniem w prawo.

Ludzie poglądali po sobie zdumieni.