— Cóżeście se nowego umyślili?
Trzaska przypadł do nóg królewskich.
— Jednego się domagam, panie najmiłościwszy: nie dawajcie ani groszy, ani krówek. Ja woli swojej za nijakie pieniądze, za nijakie podarunki nie przedam, ino wam, panu, królowi, ojcu, z miłującego, pokornego serca to swoje bogactwo za darmo podaruję.
— A ja przyjmuję bardzo wdzięcznie — odparł król.
— Baśka, Staszek! Tutaj, przed oblicznością królewską zezwalam na wasze zaślubiny. A że bez pół128 niczego nie umiem czynić, tedy przypominam, że do adwentu ino trzy tygodnie. Kiej wam pilno, to się śpieszcie.
— Ale, ale, kumo — rzekł Kazimierz, jakby sobie coś przypominając — nie dziwujcie się ani se głowy nie kłopotajcie, gdy ujrzycie jutro rano przed swoim progiem dwie kury i woreczek z grosiwem. Nie może przyjąć siostrzenica, musi brać ciotka. Co raz darowane, tego się nie cofa.
— Rety! A gdzież ja bydlątka podzieję? Matko święta!...
— Wiem, że stajenki nie macie. Dajcie krówki Basi na chowanie, a czeskie zatrzymajcie dla siebie.
— Ee, miłościwy królu-kumotrze, to niech już idzie jedno za drugim. Na co mnie, starej, tyle grosza!
— Wola wasza. Ja tu nic nie rozsądzam. Róbcie, jak się wam zda.