— Pawłowa, powiadajcież, o co tu chodzi?

— Ano tedy pierwej tak było, że mój nie chciał za nic dziewuchy Trzasków za synowę. Potem Paweł spokorniał i sam o nią prosił dla Staszka, to zasię Wojciech ani o tym słuchać nie chce. Wiadomo każdemu, że co chłop, to kozioł127.

— Więc jakże będzie? — pytał król.

— Panie najdobrotliwszy — rzekł Trzaska pokornie — moja upartość nie z głupoty, ino z zastanowienia i z rozmysłu. Zbroja pan całą gębą i jedynaka syna ma, a my biedaki. W łaty się odziewamy, głodem przymieramy, niedola nas uciska. Nie dam dziecka i nie dam, boby mógł przyjść taki dzień, Coby jej kto nędzę rodzicielów wypominał. Ja ojciec, nie odbierajcie mi, królu, ojcowskiego prawa.

— Niech mię Bóg broni, abym was chciał przymuszać. Ja ino proszę. A ku pamięci dzisiejszego świętego obrządku darowuję wam dziesięć morgów pola w Łobzowie i drzewo z moich lasów na nową chałupę.

— O, raju! Tolim niegodzien takiej łaski... Za co mnie, królu, darzycie, kiedy, się wam sprzeciwiam i od swego nie ustępuję?

— To ustąpcie ten jeden raz, ino ten jeden. Słyszeliście, co gadała Zbroina? Że każdy chłop, to kozioł. Królowi też się zdarza niekiedy, że chce postawić na swoim. Jak by się tedy przytrafiło, żeby wasza Baśka szła za mąż, na co się cale nie zanosi, to w dzień pierwszej zapowiedzi dostanie trzy kopy czeskich groszy i dwie krowy na zaczątek gospodarstwa.

Zbroja szturchnął Trzaskę pod bok.

— No, Wojciechu, nie zacinajcie zębów po swojemu. Padnijmy na kolana proch ucałować przed stopami króla miłościwego i niechże będzie pierwsza zapowiedź na przyszłą niedzielę.

— Zgadzam się, ino...