— A jakże, miłościwy panie. Żal serce ściska nad onymi dzieciarni.
— A zuchwalce jedne nieopamiętane! Tom ja was na to rozdzielił, cobyście się aż w kościele szukali?! — krzyknął Wojciech, teraz dopiero spostrzegając winowajców, których mu król swoją osobą zasłonił. — Wracaj mi zaraz do ciotki i siedź tam kamieniem, póki nie przyjdę!
— Poczekajcie no, kumie, chwileczkę. Kiedym poznał najmłodszą córusię waszą, niechże się przyjrzę i starszej — rzekł król, biorąc Basię za rękę. — Cale foremna Trzaseczka, jakże ci to?
— Ba... Baśka...
— Przyznaj no się, Basiu, ale szczerze. Czegoście płakali tam, w kącie?
— Bo...
— Wstydać się nie trzeba, ino kłamać nie wolno.
— Bo... bo się... miłujemy! — I zakryła twarz łokciem.
— Niechże mi kto powie, o co tu łzy wylewać? Prawda, Pawłowa?
— Miłościwy panie, z tego nic być nie może, nic nie będzie, to już dawno zakończone, nie warto kłopotać królewskiej osoby — rzekł Trzaska tonem stanowczym, kłaniając się do ziemi.