Z łatwością dostaliśmy w zajeździe „Pod Koroną” dwa pokoje na pierwszym piętrze; z okien naszych widzieliśmy bramę wjazdową i zamieszkane skrzydło zamku Stoke Moran. O zmierzchu ujrzeliśmy przejeżdżającego doktora Grimesby’ego Roylotta. W kilka chwil po wjechaniu powozu do parku światło, które zajaśniało między drzewami, wskazało nam, iż właściciel starego zamku był w jednym z salonów.

Dokoła nas zalegała coraz większa ciemność.

— Wiesz co, Watsonie — odezwał się nagle Holmes — mam pewne skrupuły, nie wiem, czy cię zabrać z sobą tej nocy. Ta wyprawa połączona jest z niemałym niebezpieczeństwem.

— Czy mogę ci być użyteczny?

— Więcej niż użyteczny.

— W takim razie idę z tobą.

— Jestem ci bardzo wdzięczny.

— Ale wspomniałeś o niebezpieczeństwie... Widocznie zebrałeś podczas zwiedzania domu więcej wskazówek niż ja.

— Nie, ale sądzę, że zastanawiałem się więcej. To, co ja widziałem, widziałeś i ty również.

— Nie spostrzegłem nic godnego uwagi oprócz tego sznurka od dzwonka i nie mogę zrozumieć, jaki jego cel?