Opowiedziałem mu w krótkich słowach swoje przygody i skończyłem właśnie, gdy stanęliśmy u celu.

— Biedaku — rzekł tonem współczucia. — A cóż pan teraz robi?

— Szukam mieszkania — odparłem. — Usiłuję rozstrzygnąć zagadnienie, czy możliwe jest znaleźć wygodne lokum za jakąś rozsądną cenę.

— Szczególna rzecz — zauważył mój towarzysz — już drugi człowiek dzisiaj porusza ze mną ten sam temat.

— A kto był pierwszy? — spytałem.

— Pewien jegomość pracujący w laboratorium chemicznym w szpitalu. Żalił się dziś rano, że nie może znaleźć nikogo, kto by chciał wziąć z nim do spółki mieszkanie, podobno bardzo ładne, ale za drogie dla niego.

— Ach, Boże! — zawołałem. — Jeśli istotnie pragnie znaleźć kogoś, kto by dzielił z nim mieszkanie i komorne, służę mu. Wolę mieć wspólne mieszkanie aniżeli żyć samotnie.

Młody Stamford spojrzał na mnie szczególnym wzrokiem, popijając wino.

— Nie zna pan jeszcze Sherlocka Holmesa — rzekł. — Może nie będzie go pan chciał za stałego współlokatora.

— Dlaczego? Co ma pan mu do zarzucenia?