Wspomniałem poprzednio, że tapeta była poodklejana. W kącie, który wskazywał Lestrade, oddarty był szeroki pas obicia, odsłaniając pożółkłe wapno na ścianie. I tu widniał napisany dużymi, skreślonymi niewprawną ręką, krwawymi literami jeden wyraz:

RACHE

— I cóż panowie o tym powiedzą? — zawołał policjant tonem przedsiębiorcy zachwalającego popisy cyrkowe na jarmarku. — Nikt nie dostrzegł tego napisu, bo był w najciemniejszym kącie pokoju i nikomu nie wpadło na myśl tam spojrzeć. Morderca skreślił go własną krwią. Patrzcie na te ślady, krew ciekła po ścianie. Niweczy to wszelkie podejrzenie samobójstwa. A teraz, dlaczego morderca wybrał właśnie ten kąt? Zaraz panom objaśnię. Popatrzcie na świecę na kominku. Paliła się wówczas i oświetlała tylko ten kąt, tak że był najjaśniejszy, jak teraz jest najciemniejszy.

— A teraz, skoro dokonał pan tego cennego odkrycia, czego to dowodzi? — spytał lekceważąco Gregson.

— Czego dowodzi? Po prostu tego, że ktoś zaczął pisać imię „Rachela”, lecz nie zdążył dokończyć, bo mu przeszkodzono. Pamiętajcie, panowie, co wam mówię: gdy ta sprawa będzie wyjaśniona, przekonacie się, że jest w nią wplątana kobieta imieniem Rachela. Może się pan śmiać, panie Holmes, może się pan śmiać... Może pan być bardzo przebiegły i mądry, ale jednak stary pies myśliwski będzie w końcu górą.

— Och, przepraszam! Przepraszam! — rzekł mój towarzysz, który parsknął śmiechem i tym wywołał wybuch gniewu policjanta. — Przypada panu niewątpliwie ta zasługa, że jako pierwszy odkrył pan ten napis, który, jak słusznie pan utrzymuje, mógł zostać wykonany jedynie przez drugiego uczestnika tajemniczego dramatu. Nie miałem dotąd czasu obejrzeć tego pokoju, ale jeśli panowie pozwolą, uczynię to teraz.

Mówiąc to, wyjął z kieszeni taśmę mierniczą i dużą okrągłą lupę. Uzbrojony w te swe narzędzia, zaczął chodzić cichym krokiem po pokoju, zatrzymując się w jednym miejscu, przyklękając w innym, niekiedy nawet kładąc się plackiem na ziemi. Zajęcie to pochłaniało go tak całkowicie, że zdawało się, iż zapomniał o naszej obecności. Szeptał do siebie półgłosem, to znów jęknął, pogwizdywał, wydawał okrzyki zachęty i nadziei. Przypominał mi rasowego, dobrze wytresowanego psa gończego, pędzącego tam i z powrotem wśród zarośli, który zdradza od czasu do czasu niecierpliwość krótkim szczeknięciem, dopóki nie wpadnie na utracony trop. Badanie to trwało mniej więcej dwadzieścia minut. Holmes raz mierzył z najściślejszą dokładnością odległość między dwoma śladami, zupełnie dla mnie niewidocznymi, to znów przykładał miarkę do ściany, w celu dla mnie równie niezrozumiałym. W pewnym punkcie pokoju zebrał bardzo starannie trochę kurzu z posadzki i schował go do koperty. W końcu przyjrzał się przez lupę wyrazowi napisanemu na ścianie, oglądając każdą literę z osobna z największą uwagą, po czym złożył miarkę i lupę do kieszeni, a na jego twarzy odmalowało się zadowolenie.

— Mówią, że człowiek talentu jest niezmordowany w ponoszeniu trudów — zauważył z uśmiechem. — Jest to określenie zupełnie niesłuszne, lecz można je zastosować do pracy detektywa.

Gregson i Lestrade przyglądali się manipulacjom kolegi amatora z wielką ciekawością połączoną z odcieniem lekceważenia. Nie dostrzegali widocznie tego, co teraz widziałem jasno: że najdrobniejsze czyny Sherlocka Holmesa miały cel praktyczny i najzupełniej określony.

— I cóż pan teraz o tym myśli? — spytali obaj jednocześnie.