— A rumiana cera? — spytałem.

— Ach, to było twierdzenie nieco ryzykowne, jakkolwiek nie wątpię, że mam słuszność. Ale nie odpowiem panu na to w tej chwili.

Przesunąłem dłonią po czole.

— Mąci mi się w głowie — rzekłem. — Im dłużej zastanawiam się nad tym, tym bardziej wydaje mi się to wszystko tajemnicze. Dlaczego ci dwaj mężczyźni, jeżeli ich było dwóch, przyjechali do pustego domu? Co się stało z dorożkarzem, który ich tam zawiózł? W jaki sposób człowiek może zmusić drugiego do zażycia trucizny? Skąd pochodzi krew? Jaki cel miał morderca, skoro nie rabunek? W jaki sposób dostała się tam kobieca obrączka ślubna? A przede wszystkim, dlaczego ów drugi mężczyzna wypisał przed odejściem niemiecki wyraz „Rache”? Wyznaję, że nie widzę sposobu powiązania tych wszystkich faktów.

Towarzysz mój uśmiechnął się z uznaniem.

— Wylicza pan bardzo jasno i bardzo ściśle wszystkie trudności — rzekł. — Wiele szczegółów jest jeszcze niewyjaśnionych, jakkolwiek co do głównych punktów mam już ustaloną opinię. Co się tyczy odkrycia biednego Lestrade’a, był to po prostu wybieg celem sprowadzenia policji na fałszywy trop przez podsunięcie myśli, że w tę sprawę zamieszani są niemieccy socjaliści i tajne związki. Wszelako wyraz „Rache” nie został napisany przez Niemca. Litera „A”, jeżeli pan zauważył, przypomina „A” z pisma niemieckiego. Tymczasem prawdziwy Niemiec jeśli pisze, jak w tym wypadku, dużymi drukowanymi literami, używa zawsze alfabetu łacińskiego. Możemy zatem twierdzić na pewno, że nie uczynił tego Niemiec, lecz ktoś bardzo niezręczny, który chciał zrobić za dobrze. Był to, powtarzam, wybieg celem wprowadzenia śledztwa na fałszywy trop. Nie powiem panu już nic więcej w tej sprawie, doktorze. Prestidigitator27 traci urok i wiarę u ludzi, skoro raz wyjaśni swoje sztuki. Gdybym pana zanadto wtajemniczył w swoją metodę pracy, doszedłby pan niechybnie do wniosku, że jestem wielce pospolitym człowiekiem.

— Nigdy w świecie — odparłem. — Podniósł pan, o ile to możliwe, zawód detektywa do poziomu nauki ścisłej.

Mój towarzysz zarumienił się z zadowolenia, słysząc te słowa, wypowiedziane szczerym i poważnym tonem. Zauważyłem już, że był tak wrażliwy na pochlebstwa odnoszące się do jego talentu śledczego, jak młoda dziewczyna na komplementy dotyczące jej urody.

— Powiem panu jeszcze jedno — rzekł. — Mężczyzna, który nosił cienkie buty, delikatniejszej roboty, i ten, który miał obuwie z kwadratowymi nosami, przyjechali jedną dorożką i szli ścieżką w najlepszej zgodzie, prawdopodobnie pod rękę. Skoro weszli do domu, chodzili po pokoju, a raczej chodził ten, który miał buty z kwadratowymi nosami, tamten zaś stał w miejscu. Wyczytałem to wszystko z kurzu na podłodze, a nadto jeszcze, że ten, który chodził, wpadał stopniowo w coraz większe rozdrażnienie. Wykazała to wzrastająca długość jego kroków. Mówił ciągle, a w końcu jego gniew zamienił się we wściekłość i wówczas niewątpliwie zaszła tragedia. No, powiedziałem panu już wszystko, co wiem, bo reszta to tylko przypuszczenia i domysły. W każdym razie posiadamy jako punkt wyjścia doskonałą podstawę. Musimy się pospieszyć, bo chcę pójść po południu na koncert Hallé’go28, żeby posłuchać Norman-Nerudy29.

Rozmawialiśmy tak, jadąc brudnymi ulicami i krętymi zaułkami. W najbrudniejszej i najciemniejszej uliczce nasz dorożkarz nagle przystanął.