— Domyślam się, że pani jest córką Johna Ferriera — zaczął znów po chwili. — Widziałem, jak pani wyjeżdżała z jego domu. Po powrocie niech go pani zapyta, czy pamięta Jeffersona Hope’a z St Louis. Jeśli to ten sam Ferrier, którego mam na myśli, w takim razie jest to wielki przyjaciel mojego ojca.
— Czy nie wolałby pan przyjść sam i zapytać? — rzekła nieśmiało.
Młodzieniec był widocznie zachwycony tą propozycją, nagły blask rozgorzał w jego ciemnych oczach.
— Uczynię to z przyjemnością — odparł — ale od dwóch miesięcy włóczymy się po górach i nie jesteśmy przygotowani na wizyty. Ferrier musi mnie przyjąć tak, jak jestem.
— Winien panu niemało i ja również — rzekła. — Bardzo mnie kocha. Gdyby te krowy mnie stratowały, nie pocieszyłby się nigdy.
— Ani ja — odezwał się młodzieniec.
— Pan! Nie widzę, dlaczego miałoby to pana dotknąć. Wszak pan nie jest nawet naszym przyjacielem.
Ogorzała twarz młodego myśliwego tak spochmurniała na te słowa, że Lucy roześmiała się głośno.
— Wcale nie to chciałam powiedzieć — rzekła. — Ma się rozumieć, że teraz jest pan naszym przyjacielem. Musi pan nas odwiedzić. Ale teraz ruszam dalej w drogę, bo inaczej ojciec nie powierzy mi już nigdy swoich interesów w mieście. Do widzenia!
— Do widzenia! — odparł, unosząc swój kapelusz z wielkimi skrzydłami i pochylając głowę nad drobną dłonią, która się do niego wyciągnęła.