Początkowo ta władza, straszna i nieuchwytna, karała tylko opornych, którzy przyjąwszy wiarę mormońską, chcieli ją następnie przekształcać lub porzucić. Niebawem jednakże rozszerzyła swój zakres. Liczba dorosłych kobiet zmniejszała się, a poligamia47 wobec niewystarczającej ludności niewieściej stawała się czczą doktryną. Wówczas zaczęły krążyć szczególne pogłoski: mówiono o zamordowanych wychodźcach i zrabowanych obozowiskach w okolicach, gdzie nigdy nie widziano Indian. W haremach starszyzny pokazały się jakieś nowe kobiety, kobiety, tonące we łzach i rozpaczy, z wyrazem nieopisanego wstrętu na wynędzniałych twarzach.
Zapóźnieni w górach podróżni opowiadali, iż spotykali uzbrojonych, zamaskowanych ludzi, którzy chyłkiem, w milczeniu, przemykali w ciemnościach. Opowieści i pogłoski przybierały z czasem wyraźną postać; powtarzane nieustannie i potwierdzane doprowadziły nareszcie do tego, że zrozumiano powszechnie istotę rzeczy. Do dnia dzisiejszego w samotnych farmach na Zachodzie nazwa bandy „Danitów” lub „Aniołów Zemsty” jest złowróżbna i wywołuje trwogę.
Gdy stały się wiadome bliższe szczegóły tej organizacji, trwoga, jaką szerzyła, powiększyła się jeszcze. Nikt nie wiedział, kto należy do tego okrutnego stowarzyszenia. Nazwiska uczestników tych krwawych gwałtów, popełnianych w imię religii, otoczone były najgłębszą tajemnicą. Ten sam przyjaciel, któremu zwierzałeś się ze swoich wątpliwości co do postępowania Proroka i jego posłannictwa, mógł być jednym z tych, co przychodzili nocą domagać się ogniem i mieczem strasznego zadośćuczynienia.
Stąd każdy obawiał się sąsiada i nikt nie mówił o rzeczach najbliżej go obchodzących.
Pewnego pięknego poranka John Ferrier zabierał się do wyjścia w pole, gdy usłyszał zgrzyt otwierającej się furtki, a spojrzawszy przez okno, zobaczył idącego ścieżką barczystego mężczyznę w średnim wieku o płowych włosach. Serce zakołatało w piersiach Ferriera, gdyż poznał w przybyszu wielkiego Brighama Younga we własnej osobie. Pełen niepokoju, gdyż wiedział dobrze, że taka wizyta nic dobrego nie przyniesie, Ferrier podbiegł ku drzwiom, aby powitać przywódcę mormonów. Brigham Young jednak przyjął powitanie ozięble i nie rozjaśniając ponurego oblicza, wszedł za gospodarzem do bawialni.
— Bracie Ferrier — rzekł, siadając i patrząc bystro spod płowych rzęs na farmera — prawowierni okazali się, sądzę, dobrzy dla ciebie. Zabraliśmy cię z pustyni przymierającego głodem, dzieliliśmy z tobą pożywienie, doprowadziliśmy cię zdrowo i cało do Wybranej Doliny, daliśmy ci ziemię i pozwoliliśmy wzbogacić się pod naszą opieką. Czy nie tak?
— Tak — odparł John Ferrier.
— W zamian za to wszystko domagaliśmy się spełnienia jednego tylko warunku: byś przyjął prawdziwą wiarę i stosował się pod każdym względem do jej przepisów. Przyrzekłeś spełnić ten warunek, tymczasem, jeśli obiegające wieści głoszą prawdę, nie dotrzymujesz przyrzeczenia.
— Jak to nie dotrzymuję? — spytał Ferrier, wznosząc ręce ku niebu. — Czyż nie daję składki na wspólny fundusz? Czyż nie chodzę gorliwie do świątyni. Czy nie...
— Gdzie są twoje żony? — spytał Young, rozglądając się dokoła. — Wezwij je tutaj, abym je mógł powitać.