Jego ciemna twarz przybrała tak dziki wyraz, a jego żylaste ręce były tak groźne, że goście zerwali się na równe nogi i zabrali się szybko do odwrotu. Stary farmer odprowadził ich do drzwi.

— A dajcie mi znać, jak się pogodzicie i postanowicie, który z was ma być moim zięciem — rzekł drwiąco.

— Zapłacisz nam za to! — wrzasnął Stangerson, blady z wściekłości. — Wyzwałeś Proroka i Radę Czterech. Będziesz tego żałował do końca życia!

— Ręka Pana dotknie cię ciężko! — zawołał Drebber. — Pan powstanie i ześle na ciebie srogą karę!

— A więc to ja zacznę karać! — zawołał Ferrier, nie posiadając się z gniewu, i zawrócił po strzelbę, ale w tej chwili Lucy chwyciła go za ramię i powstrzymała.

Zanim się wyrwał z jej rąk, odgłos kopyt końskich dowiódł mu, że obaj mormoni umknęli.

— A to nikczemne łotry! — zawołał, ocierając pot z czoła. — Wolałbym cię raczej widzieć na marach, dziecko drogie, niż żoną jednego z nich.

— I ja również, mój ojcze — odparła. — Ale Jefferson przybędzie niezadługo.

— Tak. Wkrótce go zobaczymy. Im wcześniej, tym lepiej, bo nie wiemy, co nas może teraz z ich strony spotkać.

W istocie czas był wielki, aby odważny człowiek przyszedł z pomocą farmerowi i jego przybranej córce. W dziejach osady nie było bowiem jeszcze przypadku tak jawnego nieposłuszeństwa i lekceważenia powagi starszyzny. Jeśli drobne przewinienia były surowo karane, jakaż kara mogła czekać za taki śmiały bunt?