Dotychczas ich prześladowcy nie dawali znaku życia i Jefferson Hope zaczął przypuszczać, że znajdują się nareszcie poza obrębem władzy strasznego związku, którego gniew ściągnęli na siebie. Nie wiedział jeszcze, jak mógł niebawem pochwycić ich i zmiażdżyć.

Około południa drugiego dnia ich ucieczki szczupłe zapasy żywności zaczęły się wyczerpywać. Hope nie zaniepokoił się tym jednak, gdyż wiedział, że w górach jest zwierzyna, a nieraz już w życiu liczył jedynie na swoją strzelbę, aby się wyżywić. Wybrawszy osłonięty zakątek, przyniósł trochę suchych gałęzi i rozpalił ogień, przy którym jego towarzysze mogliby się rozgrzać, znajdowali się bowiem blisko pięć tysięcy stóp nad poziomem morza, a ostre, lodowate powietrze dokuczało dotkliwie. Związawszy konie i zarzuciwszy strzelbę na ramię, Jefferson pożegnał Lucy i wyruszył na poszukiwanie zwierzyny. Po chwili obejrzał się i zobaczył, jak starzec i młoda dziewczyna siedzą skuleni przy płonącym ognisku, a troje zwierząt stoi bez ruchu za nimi. Niebawem wystająca skała ukryła ich przed jego wzrokiem.

Przez jakieś dwie mile szedł z wąwozu do wąwozu, nie spotykając żadnej zwierzyny, chociaż ze znaków na korze drzew oraz ze śladów, jakie dostrzegał na ziemi, wnosił, że niedźwiedzie były liczne w tych stronach. Nareszcie po trzygodzinnym daremnym szukaniu zamierzał już, zrozpaczony, wrócić z niczym, gdy nagle, spojrzawszy w górę, zadrżał z radości.

Na krawędzi wystającej skały, o kilkaset stóp ponad nim, stało zwierzę z olbrzymimi rogami. Ten muflon był prawdopodobnie stróżem trzody pewnego gatunku baranów, niewidocznej jeszcze dla oczu myśliwego. Na szczęście zwrócił łeb w przeciwną stronę i nie dostrzegł go. Położywszy się na ziemi, Jefferson Hope oparł kolbę strzelby o głaz i celował dobrze i długo, zanim spuścił kurek. Zwierzę rzuciło się w górę rozpaczliwym skokiem, zatoczyło się na krawędzi skały i runęło całym swym ciężarem w głąb doliny.

Zwierzyna była taka wielka, że nie mógł zabrać całej. Zadowolił się przeto odcięciem jednego uda i części boku, a zarzuciwszy zdobycz na ramię, zabrał się spiesznie do powrotu, gdyż zaczął zapadać wieczór. Zaledwie jednak ruszył w drogę, przekonał się, że czekała go nowa niespodziewana trudność do zwalczenia. W pogoni za zwierzyną minął znaną sobie część okolicy, a niełatwo było odnaleźć ścieżkę, którą przyszedł.

Dolina, w której się znajdował, poprzecinana była w rozmaitych kierunkach licznymi wąwozami, tak do siebie podobnymi, że niepodobna było ich odróżnić. Jefferson zagłębił się tedy w jeden z nich, a gdy uszedł z milę lub więcej, napotkał górski potok, którego z pewnością poprzednio nie widział. Przekonawszy się, że zmylił drogę, wszedł w inny wąwóz i było już zupełnie ciemno, gdy nareszcie znalazł się w wąwozie, który mu się wydał znany.

Jednak nawet wówczas nie łatwo było utrzymać się na właściwej drodze, albowiem księżyc jeszcze się nie ukazał, a wysokie skały po obu stronach powiększały panującą dokoła ciemność. Uginając się pod ciężarem, który dźwigał, wyczerpany zmęczeniem Jefferson Hope potykał się za każdym niemal krokiem. Podtrzymywał w sercu otuchę jedynie myślą, że każdy krok zbliża go do ukochanej i że niesie ze sobą zapas żywności, który starczy im do końca podróży.

Nareszcie stanął u wejścia do wąwozu, gdzie ich zostawił. Nawet w ciemności poznawał wyraźnie zarysy skał, które go otaczały. Ferrier i Lucy niezawodnie czekają na niego z niepokojem — myślał — bo jego nieobecność trwała prawie pięć godzin. Spodziewając się bliskiego spotkania, przyłożył dłonie do ust i huknął z całych sił radosne nawoływanie jako znak, że nadchodzi. Gdy umilkł, czekał przez chwilę na odpowiedź. Nic jednak nie przerywało panującej dokoła ciszy prócz jego własnego krzyku, który zatoczył się nieskończonym echem po samotnych wąwozach. Więc huknął raz drugi, silniej jeszcze i znów wiatr nie przyniósł mu żadnej odpowiedzi od przyjaciół, których opuścił przed kilkoma godzinami. Zdjął go lęk straszny, nieokreślony. Popędził naprzód jak szalony, gubiąc po drodze cenną żywność.

Gdy minął zakręt skały, ujrzał przed sobą miejsce, gdzie przed kilkoma godzinami rozpalił ognisko. Stos popiołu tlił się jeszcze, lecz widocznie od chwili odejścia Jeffersona Hope’a nikt nie podtrzymywał ognia.

Dokoła panowała grobowa cisza. Obawy Jeffersona Hope’a zmieniły się w pewność, pobiegł naprzód. W pobliżu dogasającego ogniska nie było żywej istoty; mężczyzna, dziewczyna, zwierzęta, wszyscy znikli. Teraz już stało się dla niego oczywiste, że podczas jego nieobecności zdarzyła się jakaś straszna i nagła katastrofa, katastrofa, która ich pochłonęła i nie zostawiła żadnego śladu.