— Jestem Jefferson Hope — rzekł. — Pamięta mnie pan, prawda?
Mormon przyglądał się z nieukrywanym zdumieniem. Istotnie trudno było w odzianym w łachmany wędrowcu z rozwichrzonym włosem, śmiertelnie bladą twarzą i dzikim wyrazem roziskrzonych oczu poznać dawnego eleganckiego myśliwego. Gdy go jednak w końcu poznał, zdumienie mormona zamieniło się w osłupienie.
— Jak możesz się tu pokazywać! Czyś oszalał? — zawołał. — Niech mnie zobaczą, jak z tobą rozmawiam, a mogę to przypłacić życiem. Przecież Czterej Święci wydali na ciebie wyrok za pomaganie w ucieczce Ferrierom.
— Nie obawiam się ani ich, ani ich wyroku — odparł Hope poważnie. — Słuchaj, Cowper, musisz wiedzieć, co się tu stało. Zaklinam cię na wszystko, co ci jest drogie, odpowiedz mi na kilka pytań. Wszak byliśmy zawsze przyjaciółmi. Na miłość boską, nie odmawiaj mi odpowiedzi!
— Co chcesz wiedzieć? — spytał zaniepokojony mormon. — Spiesz się. Nawet skały mają uszy, a drzewa oczy.
— Co się stało z Lucy Ferrier?
— Wczoraj odbyły się jej zaślubiny z młodym Drebberem... No, odwagi, człowieku! Zdawałoby się, że życie z ciebie ucieka!
— Mniejsza o to — odparł Hope słabym głosem.
Pobladł jak chusta, zachwiał się na nogach i upadł na głaz, o który się oparł.
— Mówisz, że wyszła za mąż?