— To pies! — zawołał Holmes. — Biegnijmy na pomoc! Prędzej! Prędzej!
Rzucił się naprzód, ja za nim. Po raz trzeci, do uszu naszych doleciał jęk ludzki i straszne warczenie. Stanęliśmy, nasłuchując. Znowu zaległa cisza.
Holmes załamał ręce. Nigdy jeszcze nie widziałem go tak bezradnym.
— Za późno już, za późno!... — mówił z rozpaczą. — Że też siedziałem tu jak bałwan, z założonymi rękoma!... A ty, jak mogłeś wypuścić z opieki sir Henryka!...
Biegliśmy dalej wśród ogarniającej nas mgły i coraz większych ciemności.
— Czy nic nie widzisz? — spytał mnie Holmes.
— Nie — odparłem.
— A to co takiego? — zawołał nagle.
Dało się słyszeć rzężenie. Dolatywało spoza nagiej skały sterczącej przed nami. Podbiegliśmy i oczom naszym przedstawił się straszny widok. U stóp skały, twarzą do ziemi, z rozpostartymi rękoma, leżał martwy już mężczyzna. To rzężenie było jego ostatnim oddechem.
Potarłem zapałkę — w jej świetle ujrzeliśmy coś, od czego krew zastygła nam w żyłach: zwłoki sir Henryka Baskerville’a.