Znaliśmy obaj kraciasty garnitur — ten sam, w którym ukazał nam się po raz pierwszy w mieszkaniu Holmesa. Zapałka zgasła, a z nią nadzieja w naszych sercach.
— Nie daruję sobie nigdy, żem go zostawił samego... — szepnąłem.
— Ja jestem jeszcze bardziej winny, Watsonie. Dla „zaokrąglenia” i „uzupełnienia” dowodów naraziłem życie mojego klienta... Jest to największy cios, jaki mnie kiedykolwiek spotkał w moim fachu!... Ale skąd mogliśmy przewidzieć, że pomimo naszych próśb i ostrzeżeń puści się sam na to przeklęte bagno?...
— I pomyśleć, że słyszeliśmy jego jęki i nie mogliśmy nadbiec mu z pomocą... Gdzież jest ten przeklęty pies? Lada chwila może wyskoczyć zza skały... A gdzie Stapleton? Pociągniemy go do odpowiedzialności!
— Tak, nie omieszkam tego uczynić — mówił Holmes. — Stryj i bratanek zostali zamordowani! To nie ulega wątpliwości. Jednego wystraszono na śmierć samym widokiem tego zwierzęcia, które wziął za nadprzyrodzone zjawisko; drugi spadł ze skały, uciekając przed tym potworem... Ale trzeba wykazać łączność pomiędzy psem i jego ofiarą. Jakże dowiedziemy istnienia tego czworonożnego potwora?... Sir Henryk umarł widocznie skutkiem upadku. Ale pomimo całej swej przebiegłości Stapleton nie wymknie się z rąk policji!...
Staliśmy nad zwłokami, bezradni wobec katastrofy, która obróciła wniwecz wszystkie nasze zabiegi. Wreszcie wzeszedł księżyc; weszliśmy na szczyt skały, z której spadł nasz nieszczęśliwy przyjaciel i ogarnęliśmy okiem ponurą płaszczyznę, osrebrzoną teraz łagodnym blaskiem księżyca.
Daleko, w stronie Grimpen-Mire, błyszczało żółte światełko. Płonęło ono niewątpliwie w domu Stapletona. Zacisnąłem pięść w bezsilnym gniewie.
— Aresztujmy go zaraz! — krzyknąłem.
— Nie mamy jeszcze dowodów — przekładał Holmes. — Ten nędznik jest przebiegły, potrafi się bronić. Chodzi nie o to, co wiemy, lecz o to, czego zdołamy dowieść. Jeden krok fałszywy, a wyśliźnie nam się pomiędzy palcami.
— Cóż nam teraz pozostaje?