— Nigdy nie byłem pańskim przyjacielem ani żadnego innego przeklętego łapsa — odparł.

— Znajomy nie zawsze jest przyjacielem — zauważył, uśmiechając się, kapitan. — Pan jest z pewnością Jack McMurdo z Chicago. Nie zaprzeczy pan chyba?

McMurdo wzruszył ramionami.

— Nie przeczę — odparł. — Myśli pan, że się wstydzę swojego nazwiska?

— Owszem, byłyby pewne powody.

— Co pan przez to rozumie? — ryknął, zaciskając pięści.

— No, no, Jack. Mnie nie oszukasz. Przed przyjazdem do tej dziury węglowej służyłem w Chicago i od razu rozpoznaję każdego tamtejszych hultajów, kiedy którego zobaczę.

McMurdo zmieszał się.

— Nie jest pan chyba kapitanem Marvinem z centrali w Chicago? — zawołał.

— Ten sam Teddy Marvin do usług. Nie zapomnieliśmy tam jeszcze o zastrzeleniu Jonasa Pinto.