Nazajutrz, po wieczorze obfitującym w tak wiele ważnych wypadków, McMurdo wyprowadził się od starego Jakuba Shaftera i zamieszkał u wdowy MacNamara, na samym końcu miasta. Scanlan, jego dawny znajomy z kolei, niedługo potem przeniósł się do Vermissy i obaj zamieszkali razem. Byli jedynymi lokatorami, a gospodyni, dobroduszna, stara Irlandka, nie wtrącała się do ich spraw, tak że mogli mówić i robić, co się im podobało — rzecz bardzo dogodna dla ludzi, którzy mieli wspólne tajemnice. Shafter złagodniał na tyle, że pozwolił McMurdo przychodzić na posiłki, tak że stosunki z Ettie nie zostały zerwane. Przeciwnie, z upływem tygodni stały się bardziej zażyłe i przyjazne.
W swoim nowym mieszkaniu McMurdo mógł zupełnie bezpiecznie wyjąć formy do odlewania fałszywych monet i pod wieloma przysięgami zachowania tajemnicy pozwolił niektórym braciom obejrzeć je i wziąć po kilka sztuk, tak zręcznie zrobionych, że puszczenie ich w obieg nie przedstawiało najmniejszej trudności czy ryzyka. Dlaczego, będąc posiadaczem tak cudownej tajemnicy, McMurdo w ogóle godził się pracować, było to dla jego towarzyszy zagadką, ale każdemu, kto go o to pytał, tłumaczył, że gdyby żył, nie mając żadnych widocznych źródeł dochodów, policja prędko wpadłaby na jego ślad.
Jeden z policjantów już go nawet śledził, ale wypadek ten na szczęście sprawił awanturnikowi więcej dobrego niż złego. Po pierwszej bytności w barze McGinty’ego nie było niemal wieczoru, żeby tam nie zachodził, aby poznać się bliżej z „chłopcami”, jak dobrodusznie nazywali siebie członkowie niebezpiecznej bandy, zbierającej się w lokalu. Jego rzutkość i śmiały język uczyniły go ulubieńcem wszystkich, a umiejętny i szybki sposób rozprawiania się z przeciwnikami w barze zyskały mu szacunek nieokrzesanej kompanii. Ale pewien wypadek przysporzył mu jeszcze więcej przyjaciół.
Pewnego wieczoru, w czasie największego tłoku, drzwi się otworzyły i wszedł mężczyzna w niebieskim, schludnym mundurze i szpiczastej czapce Policji Kopalnianej. Był to specjalny oddział utworzony przez właścicieli kopalń i linii kolejowych do pomocy zwykłej policji, która czuła się zupełnie bezsilna wobec zorganizowanego bandytyzmu, będącego postrachem całej okolicy. Kiedy wszedł, nastała cisza, w jego stronę zwróciło się wiele ciekawskich spojrzeń, że jednak stosunki między policjantami i przestępcami mają w Stanach szczególny charakter, stojący za ladą McGinty nie okazał żadnego zdziwienia na widok inspektora, który wmieszał się w tłum gości.
— Czystą whisky, bo wieczór mroźny! — rzekł policjant. — Chyba się dotąd nie spotkaliśmy, panie radco?
— Pan jest nowym kapitanem? — zapytał McGinty.
— Właśnie. Mam nadzieję, że pan i inni wpływowi obywatele pomogą nam w utrzymaniu prawa i porządku w mieście. Nazywam się Marvin... kapitan Marvin, z Policji Kopalnianej.
— Dalibyśmy sobie radę i bez pana, kapitanie Marvin — rzekł zimno McGinty. — Mamy swoją własną policję miejską i przybyszów nam nie potrzeba. Jesteście tylko płatnym narzędziem w rękach kapitalistów, wynajętym, aby gnębić i zabijać uboższych współobywateli.
— Dobrze, dobrze, nie będziemy się o to spierać — rzekł pogodnie policjant. — Myślę, że wszyscy spełniamy swoje obowiązki tak, jak je rozumiemy, tylko patrzymy na to inaczej. — Wychylił szklankę i chciał odejść, kiedy jego wzrok padł na twarz Jacka McMurdo, który stał ponury tuż obok. — O, witam! — zawołał, przypatrując mu się od stóp do głów. — Stary znajomy!
McMurdo odsunął się od niego.