— Czarne chmury nawisły — odpowiedział Baldwin.

— Ale rozproszą się na zawsze.

— Na to przysięgam.

Wypili szampana, po czym tę samą ceremonię powtórzyli między sobą McMurdo i Baldwin.

— Koniec sporu — zawołał McGinty, zacierając ręce. — Inaczej loża się wami zajmie, a ma ciężką rękę w tych stronach, jak o tym dobrze wie brat Baldwin i o czym ty, bracie McMurdo, prędko się przekonasz, gdybyś się jej naraził.

— Nie mam najmniejszej ochoty — rzekł McMurdo. Wyciągnął rękę do Baldwina. — Jestem skory do kłótni, ale i do zgody. To wina mojej irlandzkiej krwi, jak mówią. Ale to już minęło i nie żywię urazy.

Baldwin musiał uścisnąć wyciągniętą dłoń, gdyż czuł na sobie groźny wzrok straszliwego Szefa. Ale jego ponura twarz świadczyła, że słowa przeciwnika nie odniosły skutku.

McGinty poklepał ich po plecach.

— Och! Te dziewczyny, te dziewczyny! — zawołał. — I pomyśleć, że dwóch moich chłopców musiało się zakochać w tej samej spódniczce. To ci pech! Cóż, dziewczyna musi sama zdecydować, bo takie sprawy nie podpadają pod osąd mistrza. I dzięki Bogu! Mam już i tak dosyć kłopotów bez kobiet. Zostaniesz wprowadzony do loży 341, bracie McMurdo. Mamy własne sposoby i metody, inne niż w Chicago. W sobotę w nocy mamy zebranie, na którym na wieczne czasy wyzwolimy cię w Dolinie Vermissy.

Rozdział X. Loża 341, Vermissa