— Tak, taka jest moja decyzja — odparł McGinty, patrząc na niego ze złością. — Zamierzasz ją kwestionować?
— Więc chce pan odepchnąć człowieka, który stał przy panu przez te pięć lat, dla kogoś, kogo pan nigdy wcześniej na oczy nie widział? Nie jest pan mistrzem na całe życie i na Boga, przy następnych wyborach...
McGinty skoczył na niego jak tygrys. Chwycił go jedną ręką za gardło i rzucił na beczkę. We wściekłym gniewie wycisnąłby z niego życie, gdyby McMurdo się nie wtrącił.
— Niech się pan opanuje, panie radco! Niech się pan uspokoi, na miłość boską! — wołał, odciągając go.
McGinty wypuścił z rąk Baldwina, a ten, wzburzony i wystraszony, chwytając w płuca powietrze i drżąc na całym ciele jak człowiek, który zaglądnął śmierci w oczy, siadł na beczce.
— Dawno się o to prosiłeś, Ted. I teraz masz za swoje — zawołał McGinty, dysząc ciężko. — Może ci się zdaje, że gdybym w wyborach stracił urząd mistrza, to zajmiesz moje miejsce? To loża rozstrzygnie. Ale dopóki ja przewodzę loży, nie zniosę, aby ktoś występował przeciw mnie i moim decyzjom.
— Nie mam nic przeciw panu — wyjąkał Baldwin, dotykając gardła.
— A więc wszystko w porządku — zawołał McGinty dawnym jowialnym tonem. — Jesteśmy wszyscy dobrymi przyjaciółmi i na tym koniec.
Zdjął z półki butelkę szampana i odkorkował.
— Słuchajcie — ciągnął dalej, napełniwszy trzy szklanki — wypijmy toast zgody przepisany przez lożę. Po tym toaście, jak wiecie, powinny zniknąć wszelkie wzajemne urazy. Dalej, Ted, połóż lewą rękę na mojej szyi i mów, jaka krzywda cię spotkała!