McMurdo wiedział, że czeka go jakaś próba, ale nikt mu nie chciał powiedzieć, na czym polega. Dwóch milczących braci zaprowadziło go do bocznego pokoju. Przez cienką ściankę słyszał szmer wielu głosów dochodzący z pokoju zebrań. Raz czy dwa razy dosłyszał swoje nazwisko i domyślił się, że mówią o jego kandydaturze. Potem zjawił się strażnik z zielono-złotą szarfą na piersiach.

— Mistrz rozkazał go związać, zawiązać mu oczy, a potem wprowadzić — powiedział.

We trzech zdjęli mu marynarkę, podwinęli prawy rękaw koszuli, owinęli wokół jego ciała linę i mocno skrępowali go powyżej łokci. Następnie założyli mu na głowę sięgający połowy twarzy, szczelny, czarny kaptur, tak że nic nie widział. Potem zaprowadzili go do sali zgromadzeń.

Pod kapturem było mu ciemno i duszno. Słyszał szepty i poruszenia otaczających go ludzi, a potem dotarł do jego uszu, z oddali i jakby przytłumiony, głos McGinty’ego.

— Johnie McMurdo — spytał głos — czy jesteś już członkiem Prześwietnego Zakonu Wolnych Ludzi?

Skłonił się na znak potwierdzenia.

— Czy twoja loża to loża 29 w Chicago?

Skłonił się znowu.

— Ciemne noce są przykre — rzekł głos.

— Tak, zwłaszcza dla obcych w podróży — odpowiedział.