— A więc w imieniu loży 341, Vermissa, dopuszczam cię do jej obrad i przywilejów. Podaj butelki na stół, bracie Scanlan, napijemy się za zdrowie naszego godnego brata.

Przyniesiono marynarkę McMurdo, ale zanim ją włożył, oglądnął swoje prawe ramię, które nadal go mocno bolało. Na przedramieniu widać było wyraźny znak koła z wpisanym w nie trójkątem, głęboki, czerwony, wypalony przez piętnujące żelazo. Paru sąsiadów podwinęło rękawy i pokazało mu takie same znaki loży.

— Wszyscy mamy ten znak — rzekł któryś — ale nie każdy zdobył go w tak dzielny sposób.

— Mniejsza z tym. To drobnostka — odpowiedział. Ale ramię wciąż paliło i bolało dotkliwie.

Kiedy już wypili, jak zwykle po ceremonii inicjacji, przystąpiono do spraw loży. McMurdo przywykły jedynie do prozaicznych zebrań w Chicago, przysłuchiwał się temu, co nastąpiło, z otwartymi uszami i większym zdziwieniem, niż okazywał.

— Pierwszy punkt porządku dziennego — rzekł McGinty — to list, który zaraz odczytam, od okręgowego mistrza Windle, hrabstwo Merton, loża 249. Pisze nam:

Szanowny Panie! Jest zadanie do wykonania z Andrew Rae z firmy Rae i Sturmash, właścicielem pobliskich kopalni węgla. Przypomina Pan sobie zapewne, że Pańska loża jest nam winna rewanż za skorzystanie ubiegłej jesieni z usług dwóch naszych braci w sprawie policjanta. Proszę o wysłanie dwóch odpowiednich ludzi do naszego skarbnika Higgensa, którego adres pan zna. Powie im, kiedy i gdzie działać. Pański zawsze wolny

J. W. Windle.

— Windle nigdy nam nie odmówił, kiedy prosiliśmy o wypożyczenie jednego czy dwóch ludzi, dlatego i my nie możemy mu odmówić. — McGinty przerwał i rozglądał się po pokoju ponurymi, złymi oczyma. — Kto na ochotnika?

Kilku młodzieńców podniosło ręce do góry. Mistrz spojrzał na nich z zadowoleniem.