— Proponowałem panu posadę subiekta w moim sklepie.

— A ja odrzuciłem propozycję. To temat naszej rozmowy. Życzę szczęścia w przyszłości, bracie Morris.

Tego samego popołudnia, kiedy McMurdo siedział, paląc papierosa przy kominku w swoim pokoju, zatopiony w myślach, drzwi otworzyły się nagle i na progu stanęła rosła postać mistrza McGinty’ego. Powitał go znakiem, a potem, siadłszy naprzeciwko młodzieńca, przez pewien czas wpatrywał się w niego badawczo. Spotkał się jednak z równie nieustępliwym spojrzeniem.

— Nieczęsto składam wizyty, bracie McMurdo — rzekł w końcu. — Jestem zbyt zajęty przyjmowaniem własnych gości. Pomyślałem jednak, że zrobię wyjątek i odwiedzę cię w twoim domu.

— To dla mnie zaszczyt, panie radco — odpowiedział serdecznie McMurdo, stawiając na stole flaszkę whisky. — To zaszczyt, którego się nie spodziewałem.

— Jak ręka? — zapytał Szef.

McMurdo skrzywił się.

— Nie daje o sobie zapomnieć — odrzekł. — Ale jestem zadowolony.

— Tak. Ci, którzy są lojalni, mogą być zadowoleni i są dla loży rzeczywiście pomocą. O czym rozmawiałeś z bratem Morrisem w Miller Hill dziś rano?

Pytanie padło tak nagle, że dobrze się stało, iż McMurdo miał z góry przygotowaną odpowiedź. Wybuchnął serdecznym śmiechem.