— W takich sprawach nie ma honoru.
— Zależy, jak się na to zapatrujesz. Jeśli jednak dasz mi sześć miesięcy, postaram się z tego tak wydostać, abym nie wstydził się spojrzeć ludziom w twarz.
Dziewczyna roześmiała się, uradowana.
— Sześć miesięcy! — zawołała. — Czy to obietnica?
— Może siedem czy osiem. Ale nim rok upłynie, opuścimy dolinę.
Było to wszystko, co Ettie mogła uzyskać, ale zawsze było to coś. Było jak dalekie światełko przenikające przez mroki bezpośredniej przyszłości. Pierwszy raz wróciła do domu weselsza niż kiedykolwiek, odkąd Jack McMurdo pojawił się w jej życiu.
*
McMurdo mógłby sądzić, że jako członek będzie powiadamiany o wszystkich sprawach stowarzyszenia, ale wkrótce przekonał się, że organizacja była rozleglejsze i bardziej złożona niż pojedyncza loża. Nawet mistrz McGinty nie wiedział o wielu rzeczach, gdyż w Hobson’s Patch, nieco dalej na tej samej linii kolejowej, mieszkał człowiek mianowany delegatem na całe hrabstwo, któremu podlegało kilka lóż i który kierował nimi w sposób samowolny i bezwzględny. McMurdo widział go tylko raz, chytrego, małego, siwowłosego szczura, o śliskich ruchach i skośnym wejrzeniu złośliwych oczu. Nazywał się Evans Pott i nawet wielki mistrz Vermissy odczuwał wobec niego wstręt i strach, podobny do strachu, jaki uczuwał olbrzymi Danton48 przed słabowitym, lecz niebezpiecznym Robespierre’em49.
Pewnego dnia Scanlan, który mieszkał razem z McMurdo, otrzymał od McGinty’ego kartkę z dołączonym do niej listem Evansa Potta. Ten donosił, że posyła dwóch pewnych ludzi, Lawlera i Andrewsa, którym polecono załatwić pewne rzeczy w okolicy, chociaż ze względu na dobro sprawy nie podawał bliższych szczegółów. Prosił mistrza o przygotowanie mieszkania i wszelkie ułatwienia do czasu, kiedy przystąpią do działania. McGinty dodał, że ponieważ w Domu Związkowym nie dałoby się zachować ich obecności w tajemnicy, będzie zobowiązany, jeśli McMurdo i Scanlan przyjmą przybyszów na kilka dni do swojego mieszkania.
Tego samego dnia, wieczorem zjawili się dwaj ludzie z walizkami. Lawler był starszym człowiekiem, sprytnym, milczącym i panującym nad sobą, ubranym w stary, czarny frak, który wraz z miękkim kapeluszem i nieuczesaną, siwą brodą nadawał mu wygląd podróżującego kaznodziei. Jego towarzysz, Andrews, był prawie chłopcem, o wesołej, szczerej twarzy, z miną kogoś, kto wyjechał na wakacje i chce cieszyć się każdą ich chwilą. Obaj nie pili i zachowywali się jak przykładni członkowie społeczeństwa, z tym wyjątkiem, że byli mordercami, którzy niejednokrotnie okazali się znakomitym narzędziem w ręku tego zbrodniczego zrzeszenia. Lawler miał już na sumieniu czternaście takich zbrodni, a Andrews trzy.