Jak stwierdził McMurdo, chętnie mówili o swoich dawnych postępkach i robili to z pewną dumą, jak ludzie, którzy spełnili dobry i bezinteresowny uczynek dla dobra ogółu. Ale nie wspominali ani słówkiem o czekającym ich w najbliższej przyszłości zadaniu.

— Wybrali nas, bo ani ja, ani ten chłopak nie pijemy — wyjaśnił Lawler. — Mogą być pewni, że będziemy trzymać język za zębami. Nie bierzcie nam tego za złe, ale taki mamy rozkaz delegata okręgowego.

— Jesteście między swoimi — powiedział Scanlan, kiedy cała czwórka siedziała razem przy kolacji.

— To prawda i dlatego możemy mówić o zabójstwie Charlie’go Williamsa, Simona Birda czy innych naszych dawniejszych zadaniach. Ale dopóki nie będzie skończona, o tej robocie nic nie powiemy.

— Jest tu przynajmniej z tuzin takich, z którymi mam na pieńku — rzekł McMurdo z przekleństwem. — Przypuszczam, że nie chodzi o Jacka Knoxa z Ironhill? Chciałbym, żeby kiedyś dostał, na co zasłużył.

— Nie, to nie on.

— A może Herman Strauss?

— Nie, on też nie.

— Trudno, nie możemy was zmuszać, jeśli nie chcecie powiedzieć, ale jestem bardzo ciekaw.

Lawler uśmiechnął się i potrząsnął głową. Nie dał się pociągnąć za język. Mimo niechęci swoich gości Scanlan i McMurdo postanowili, że będą obecni przy tym, co tamci nazywali „zabawą”. Kiedy zatem wczesnym ranem McMurdo usłyszał, że przybysze schodzą cicho ze schodów, obudził Scanlana i obaj czym prędzej się ubrali. Kiedy byli gotowi, przekonali się, że goście już się wymknęli, zostawiając drzwi otwarte. Było jeszcze ciemno i w świetle lamp ulicznych dostrzegli dwie oddalające się sylwetki. Pospieszyli za nimi, stąpając cicho przez głęboki śnieg.