Dom, w którym mieszkali, stał prawie na skraju miasta, tak że wkrótce znaleźli się poza jego obrębem. Na skrzyżowaniu dróg czekało tu trzech ludzi, z którymi Lawler i Andrews odbyli krótką, ożywioną naradę. Potem ruszyli razem. Widocznie była to jakaś poważna robota, która wymagała większej liczby uczestników. Od skrzyżowania odchodziło kilka ścieżek do różnych kopalni. Piątka śledzonych skierowała się w stronę Crow Hill, dużego przedsiębiorstwa, zarządzanego silną ręką energicznego i nieustraszonego Josiaha H. Dunna z Nowej Anglii, który potrafił utrzymać w nim porządek i dyscyplinę przez długi czas panowania terroru w dolinie.

Zaczęło świtać i na czarnej ścieżce ukazał się szereg robotników, w grupkach i pojedynczo powoli idących do pracy.

McMurdo i Scanlan wmieszali się między nich, nie tracąc z oczu mężczyzn, za którymi podążali. Krajobraz spowijała gęsta mgła. Nagle z jej środka rozległ się gwizd syreny parowej. Był to sygnał, że za dziesięć minut klatki zostaną pojadą w dół i rozpocznie się codzienna praca.

Kiedy weszli na otwartą przestrzeń dokoła szybu, czekało tam już około stu górników, którzy tupali nogami i chuchali w dłonie, gdyż mróz był siarczysty. Obcy stanęli razem w cieniu budynku, gdzie się mieściły maszyny. Scanlan i McMurdo weszli na kupę żużlu, skąd wszystko widać było jak na dłoni. Zobaczyli inżyniera kopalni, wielkiego, brodatego Szkota nazwiskiem Menzies, który wyszedł z maszynowni i gwizdkiem dał znak do opuszczenia klatek. W tej samej chwili szybkim krokiem do wieży szybu podszedł wysoki, niezgrabny, młody mężczyzna z wygoloną, poważną twarzą. Jego wzrok padł na stojącą pod budynkiem milczącą, nieruchomą grupkę. Nieznajomi nacisnęli na oczy kapelusze i podnieśli kołnierze, by zakryć twarze. Przez chwilę przeczucie śmierci położyło swoją zimną rękę na sercu zarządcy. Ale otrząsnął się natychmiast i widział tylko to, co mu nakazywał obowiązek wobec intruzów.

— Kim jesteście? — zapytał, podchodząc bliżej. — Czemu się tu kręcicie?

Nie było odpowiedzi, tylko młody Andrews wystąpił naprzód i strzelił mu w brzuch. Stu oczekujących górników stało bez ruchu i bezradnie, jak sparaliżowani. Zarządca kopalni chwycił obiema rękami za ranę i zgiął się w pół. Potem chciał się cofnąć, ale gdy drugi z morderców strzelił, upadł na bok na kupę żużlu, kopiąc i drapiąc ziemię. Na ten widok Menzies ryknął z wściekłości i rzucił się z ciężkim żelaznym kluczem na morderców. Dosięgły go jednak dwie kule prosto w twarz i padł u ich stóp martwy. Część górników ruszyła naprzód, rozległy się nieartykułowane okrzyki żalu i gniewu, ale gdy obcy zaczęli strzelać z rewolwerów nad głowami tłumu, rozproszyli się i jak szaleni uciekali do domów w Vermissie. Kiedy kilku odważniejszych ochłonęło i zawróciło do kopalni, banda morderców zniknęła już w porannej mgle, tak że żaden świadek nie mógłby stwierdzić pod przysięgą tożsamości ludzi, którzy wobec setki widzów dokonali tej podwójnej zbrodni.

Scanlan i McMurdo zawrócili do domu; Scanlan trochę przybity, gdyż było to pierwsze morderstwo, które widział na własne oczy, i wydało mu się mniej zabawne, niż się spodziewał. Straszliwy lament żony zarządcy ścigał ich, kiedy śpieszyli do miasta. McMurdo był milczący i zamyślony, ale nie okazywał zrozumienia dla uczuć towarzysza.

— To tylko wojna — powtarzał. — Wojna między nami a nimi. Bijemy, jak się uda.

Tego wieczoru w sali loży w Domu Związkowym hucznie świętowano, nie tylko z powodu zabicia zarządcy i inżyniera w kopalni Crow Hill, które stawiało ją w szeregu innych terroryzowanych i gnębionych przedsiębiorstw w okolicy, ale i z powodu triumfu odniesionego dość daleko, osiągniętego siłami samej loży. Okazało się, że delegat okręgowy, posyłając na robotę w Vermissie pięciu pewnych ludzi, zażądał w zamian, aby wybrano w sekcji trzech ludzi z Vermissy i wysłano ich celem zabicia Williama Halesa ze Stake Royal, jednego z najpopularniejszych i najlepiej znanych właścicieli kopalń w okręgu Gilmerton, człowieka, o którym sądzono, że nie ma na świecie ani jednego wroga, gdyż był pod każdym względem wzorem pracodawcy. Domagał się jednak rzetelnej pracy i dlatego wydalił kilku pijaków i leniwych nierobów, którzy byli członkami wszechmocnego związku. Przybijane do drzwi ostrzeżenia nie osłabiły jego energii, i tak w wolnym, cywilizowanym kraju został skazany na śmierć.

Wyrok wykonano zgodnie z postanowieniami. Przywódcą grupy był Ted Baldwin, który siedział teraz rozparty na honorowym miejscu obok mistrza. Jego zaczerwieniona twarz i szklane, nabiegłe krwią oczy świadczyły o nieprzespanej nocy i nadużywaniu trunków. On i jego dwaj towarzysze spędzili poprzednią noc w górach. Mieli rozczochrane włosy i zmęczone twarze. Jednak żaden bohater wracający z niebezpiecznej wyprawy nie spotkałby się z gorętszym powitaniem ze strony towarzyszy. Wśród okrzyków zachwytu i wybuchów śmiechu opowiadano i powtarzano historię ich wyczynu. Czekali, aż ich ofiara powróci o zmierzchu do domu, urządziwszy na nią zasadzkę na szczycie stromego pagórka, gdzie koń musiał zwolnić do stępa50. Hales był tak otulony w futro przed zimnem, że nie mógł nawet wyciągnąć broni. Ściągnęli go z konia i zabili paroma strzałami.