Był sobotni majowy wieczór — w sobotę zawsze odbywały się zebrania loży — McMurdo właśnie miał zamiar wyjść z domu, aby na nie podążyć, kiedy Morris, ten lękliwy brat z zakonu, przyszedł go odwiedzić. Bruzdy na jego czole świadczyły o trosce, a na dobrodusznej twarzy malował się strach.

— Czy mogę mówić z panem otwarcie, panie McMurdo?

— Oczywiście.

— Pamiętam dobrze, że kiedyś się panu zwierzyłem i zachował pan to dla siebie, chociaż sam mistrz przyszedł wypytywać pana o naszą rozmowę.

— Nie mogłem nadużyć pańskiego zaufania. To nie znaczy, żebym się z panem zgadzał.

— Wiem o tym bardzo dobrze. Ale tylko z panem mogę mówić szczerze, bez narażania się. Mam tu pewien sekret — położył rękę na piersiach — który mnie pali. Żałuję, że to ja się o nim dowiedziałem, a nie ktoś z was. Jeśli go wyjawię, z pewnością dojdzie do morderstwa. Jeśli tego nie zrobię, czeka nas wszystkich zguba! Boże dopomóż, odchodzę od zmysłów!

McMurdo przyjrzał mu się uważnie. Mężczyzna drżał na całym ciele. Nalał whisky do szklanki i podał mu.

— To dobre lekarstwo dla takich jak pan — rzekł. — A teraz słucham.

Morris wypił, a na jego bladą twarz wystąpił delikatny rumieniec.

— Mogę powiedzieć panu wszystko w jednym zdaniu — rzekł. — Detektyw jest na naszym tropie.