— Niech mi pan da noc czy dwie, żebym sobie obejrzał dom i ułożył plan. Potem...
— Dobrze — rzekł McGinty, ściskając mu dłoń. — Pozostawiam ci rozpatrzenie szczegółów. Będzie to wielki dzień, kiedy przyniesiesz nam dobrą wiadomość. To ostatni cios, który rzuci ich wszystkich na kolana.
McMurdo długo i głęboko rozmyślał nad sprawą, której wykonanie złożono tak niespodziewanie w jego ręce. Samotny dom, w którym mieszkał Chester Wilcox, znajdował się w odległości pięciu mil, w pobliskiej dolinie. Jeszcze tej samej nocy wybrał się sam, aby przygotować wszystko do zamachu. Wrócił z rekonesansu dopiero o świcie. Na drugi dzień odbył krótką naradę z Mandersem i Reillym, dwoma młodzieńcami bez skrupułów, którzy byli w tak wesołym usposobieniu, jakby chodziło o polowanie na rogacza. Nazajutrz w nocy wszyscy trzej spotkali się za miastem, uzbrojeni, a jeden z nich niosący worek z prochem, jakiego używano w kamieniołomach. Była już druga w nocy, kiedy dotarli do samotnego domku. Noc była wietrzna, a strzępione chmury przesuwały się szybko wzdłuż tarczy księżyca w trzeciej kwadrze. Ostrzegano ich przed psami, dlatego posuwali się naprzód ostrożnie, z odwiedzionymi kurkami rewolwerów. Ale nie było słychać żadnego szmeru oprócz wycia wichru i nic się poruszało prócz gałęzi nad nimi.
Murdo podkradł się do drzwi domu i nasłuchiwał, ale wewnątrz panowała cisza. Oparł o nie wór z prochem, nożem wyciął w nim dziurę i przymocował lont. Kiedy go zapalił, czym prędzej uciekli. Odbiegli dość daleko i ukryli się w rowie, kiedy głuchy, potężny grzmot walącego się budynku powiadomił ich, że robota ich została wykonana. W krwawych rocznikach towarzystwa nie odnotowano zręczniej dokonanego wyczynu. Ale dzieło tak dobrze obmyślane i śmiało wykonane poszło jednak na marne!
Ostrzeżony losem rozlicznych ofiar, wiedząc, że grozi mu śmierć, Chester Wilcox dzień wcześniej przeniósł się z rodziną w bezpieczniejsze, mniej znane okolice, gdzie objęła go ochroną policja. Proch zburzył tylko pusty dom, a srogi, stary sierżant dalej wpajał dyscyplinę górnikom z Iron Dike.
— Zostawcie go mnie — rzekł McMurdo. — To mój człowiek i dostanę go na pewno, choćbym miał czekać cały rok.
Na pełnym zebraniu loży wyrażono mu wdzięczność i zaufanie i na pewien czas sprawa przycichła. Kiedy kilka tygodni później gazety doniosły, że Wilcoxa zastrzelono z zasadzki, było publiczną tajemnicą, że McMurdo dokończył rozpoczętą robotę.
Takimi metodami operowało Stowarzyszenie Wolnych Ludzi i takie były czyny Grasantów, dzięki którym utrwalili oni panowanie terroru w wielkim i bogatym okręgu, nękanym przez długi czas ich groźną obecnością. Po co miałbym plamić te karty opisywaniem dalszych zbrodni? Czyż nie powiedziałem wystarczająco dużo, co to byli za ludzie i na czym polegały ich metody? Dzieje zapisały ich czyny, a o szczegółach można się przeczytać w odnośnych sprawozdaniach. Można się z nich dowiedzieć o zastrzeleniu policjantów Hunta i Evansa, ponieważ ośmielili się aresztować dwóch członków stowarzyszenia... podwójnym morderstwie, zaplanowanym w loży Vermissy i dokonanym z zimną krwią na bezbronnych, nieuzbrojonych mężczyznach. Można tam również wyczytać o zastrzeleniu pani Larbey, która pielęgnowała męża, pobitego niemal na śmierć z rozkazu Szefa McGinty’ego. Zabójstwo starszego Jenkinsa i wkrótce potem jego brata, okaleczenie Jakuba Murdocha, wysadzenie w powietrze rodziny Staphouse’ów i zamordowanie Stendhalów — wszystko to następowało jedno po drugim tej samej strasznej zimy. Dolinę Trwogi spowijał ponury cień. Nadeszła wreszcie wiosna z jej wezbranymi potokami i kwitnącymi drzewami. Cała przyroda, spętana tak długo w żelaznym uścisku, cieszyła się nadzieją, ale dla mężczyzn i kobiet, żyjących w jarzmie terroru, nie było nadziei. Nigdy nie zgromadziły się nad nimi tak gęste i groźne chmury jak wczesnym latem 1875 roku.
Rozdział XIII. Niebezpieczeństwo
Było to u szczytu panowania terroru. McMurdo, który został już mianowany dziekanem loży i miał dobre widoki zostania kiedyś mistrzem po McGintym, był teraz tak niezbędny na zgromadzeniach towarzyszy, że nie robiono niczego bez jego rady i pomocy. Im jednak większą popularność zyskiwał wśród Wolnych Ludzi, tym groźniejszymi okrzykami witano go na ulicach Vermissy. Mimo terroru obywatele odważali się jednoczyć siły przeciw gnębicielom. Do loży doszły wieści o tajnych zebraniach w biurze „Heralda” i o rozdzielaniu broni palnej między praworządnych obywateli. Ale wiadomości te nie zaniepokoiły McGinty’ego i jego ludzi. Mieli przewagę liczebną, byli zdecydowani na wszystko i dobrze uzbrojeni. Ich przeciwnicy byli rozproszeni i bezsilni. „Wszystko skończy się, jak dawniej, na jałowej gadaninie i być może bezskutecznych aresztowaniach”. Tak mówił McGinty, McMurdo i inni śmielsi bracia.