— Żeby nigdy nie opuścił doliny — rzekł Baldwin.

McMurdo skinął głową.

— Dobra rada, bracie Baldwinie — rzekł. — Często różniliśmy się między sobą, ale dziś masz słuszność.

— Gdzie on jest? Jak go poznamy?

— Czcigodny mistrzu — rzekł poważnie McMurdo. — Chciałem zwrócić pańską uwagę, że jest to dla nas zbyt żywotna sprawa, aby o niej mówić na pełnym zebraniu loży. Uchowaj Boże, żebym chciał rzucił cień wątpliwości na kogoś z tu obecnych, jeśli jednak choćby słowo dojdzie do uszu tego człowieka, stracimy wszelkie szanse schwytania go. Chciałem prosić lożę o wybranie ściślejszego komitetu, złożonego z samego pana przewodniczącego, jeśli wolno mi proponować, z obecnego tu brata Baldwina i pięciu innych braci. Wówczas powiem otwarcie, co wiem i co moim zdaniem należy zrobić.

Propozycję przyjęto bez dyskusji i wybrano komitet. Oprócz przewodniczącego i Baldwina w jego skład wchodzili Harraway, sekretarz o sępiej twarzy, tygrys Cormac, brutalny, młodociany morderca, skarbnik Carter i bracia Willaby, nieustraszeni i zdeterminowani ludzie, gotowi na wszystko.

Tym razem zwyczajne zebranie towarzyskie loży było krótkie i niewesołe, gdyż na duszy mężczyzn ciążyła troska i wielu z nich po raz pierwszy ujrzało chmurę karzącego Prawa na pogodnym niebie, pod którym żyli tak długo. Okropności, jakie wyrządzali innym, tak bardzo stały się częścią ich życia, że myśl o zapłacie za nie uleciała daleko, toteż tym więcej przeraziło ich jej nagłe zjawienie się. Rozeszli się wcześniej, pozostawiając przywódców na naradzie.

— Teraz, McMurdo, mów — rzekł McGinty, kiedy już byli sami.

Siedmiu mężczyzn siedziało w fotelach bez ruchu.

— Powiedziałem już, że znam Birdy’ego Edwardsa — wyjaśniał McMurdo. — Nie potrzebuję wam mówić, że nie przebywa tu pod swoim nazwiskiem. To dzielny człowiek, przyznaję, ale nie szaleniec. Podaje się za Steve’a Wilsona i zamieszkał w Hobson’s Patch.